niby tak się czeka na chwile swobody, ale ta swoboda zawsze jest tylko pozorna, niezależnie czy już nadeszła, czy dopiero nadejdzie

dom jest pusty, a mnie znowu nikt nie odwiedzi… bo kto to niby to miałby być?
mam takie poczucie, że ciągle jestem wystawiana do wiatru i tylko ja się staram żeby nikomu przykrości nie zrobić, wiem, że demonizuję, ale kolejny raz zostałam sama
kolejny raz czekałam jak pies, a właściciel poszedł w pizdu

coś się zmienia
wiem już, że sobie roję zbyt wiele rzeczy i że to nie ma sensu
i zaczynam odczuwać realne problemy związane z nadmierną sympatią pewnych osobników, nie chcę tego, bo nie mam pewności a nienawidzę takich sytuacji
jakby mi nie było dość problemów

matura na karku a ja marnuję czas na bzdury
albo marnuję czas na oczekiwanie na ludzi, którzy w efekcie nigdy nie przychodzą…
trochę to smutne bo nie lubię spać sama w domu…

emocje się przeplatają
kalejdoskop to przy tym pikuś
nie wiem, nie umiem… nie chce mi się…