bo widzisz,
ja nie noszę kapeluszy, nie spaceruję z nikim w deszczu i nie piję wina na Montmartre.
próbuję uciec od wszystkiego, bo nie mogę tego dłużej znieść.
Waszej desperacji, szumu fałszywych słów i zagubionych serc.
chciałabym prawdziwości swojej, czegoś delikatnego.
a dostaję tylko to co szorstkie, obcesowe, tak że boli mnie żołądek.
próbując uwłoczyć waszej godności pewnie uwłaczam tylko własnej.
ale jestem ciekawa, gdzie jest granica oraz jak skutecznie potrafię pozbawić Was złudzeń, choć nie dobrego samopoczucia.
przyznaję się, nie widzę sensów.
chyba ich nie ma.
a jest pustota myśli, która dla Was zawsze pozostanie pełnią.